znacie? to posłuchajcie…

Od wydania pierwszego „Bazylka” upłynęło już prawie trzynaście lat. Główny bohater, z pomocą Opatrzności zdał właśnie maturę i niespiesznie szykuje się do rozpoczęcia studiów. Jakich – czas pokaże. Pod uwagę branych jest wiele możliwości. Ale nie o tym chciałem.

Poza papierzanymi wersjami przygód Pana Bazylka, ukazały się ich rozszerzone wersje elektroniczne, które bezpłatnie pobrać można tu:

Bazylek daje sobie radę

DJ-Micha znów coś kręci

Ponadto osiagalne są trzy audiobooki. Pierwszy, najbliższy memu sercu, w niezapomnianej interpretacji Artura Barcisia. Kolejne dwa przeczytał równie wyśmienity lektor Jacek Kiss. Co ciekawe, o istnieniu jego wersji „Bazylek daje sobie radę” aż do wczoraj nie miałem bladego pojęcia. Przypadkiem odkryłem ją podczas plądrowania zasobów sieci internetowej. Cóż, oby więcej takich niespodzianek.

Wszystkie trzy słuchowiska zgromadzono tu:

Bazylkowe audiobooki

Życzę miłej lektury oraz słuchania.

 

 

 

nareszcie będę dziadkiem

Nie jest to co prawda informacja stuprocentowa, ale na dziewięćdziesiąt dziewięć to raczej tak. Otóż chyba będę Dziadkiem. I to wielokrotnym. Ale od początku.

Zakusia osierociłem jakieś siedem lat temu, kiedym wyjeżdżał na inną półkulę. Trafił pod opiekuńcze skrzydła Piotra K., któremu z tego miejsca serdecznie dziękuję i tak dalej.

Gdyśmy się rozstawali, Zakuś miał niecały metr długości oraz nader wątłą konstrukcję cielesną. Teraz jest z niego taki kaban, że ledwo rozpoznałem. Gdyby nie buzia i oczki, to bym nie uwierzył, że to mój Syneczek. Który ostatnio podobnież dosyć skutecznie podziałał. I na świat, lada moment przyjdą małe Zakusiątka.

O przygodach Zakusia poczytać można sobie między innymi tu: 
http://www.ebooks43.pl/ksiazka,6,bazylek-daje-sobie-rade.htm

Jak również w książce papierowej pod tym samym tytułem.

Ewentualnie na blogasku. Od lutego 2003 do końca.

Miłej lektury.

Pozdro 600.

zakus2.jpg

niech się święci dzień ojca (czyli greatest hits)

w sumie racja

Wczoraj wieczorem Bazyliszek udał się do łazienki aby sobie własnoręcznie
przygotować kąpiel.
Zatyczka.
Kran z ciepłą wodą.
Wiadro zabawek.
Plusk.
Gotowe.
Prawidłowe odgłosy dobiegały mnie zza ściany.
Ale jakoś tak długo nie wracał z tej łazienki.

Postanowiłem więc tam do niego zajrzeć.
Bazylek siedział w wannie do połowy napełnionej wodą.

W kapciach, rajtuzach, majtkach, koszulce i bluzie z
kapturem.
Spodobał mi się ten pomysł, ale tak z ojcowskiego obowiązku zapytałem, o co
chodzi.
 -Takie wygłupy, które nikomu nie szkodzą powinny być
dozwolone
– usłyszałem w odpowiedzi.




janek chce

Bazylek jest zdeklarowanym fanem Czterech Pancernych. Co prawda, zbytnio już
sobie nie pofanuje, bo telewizja właśnie wyemitowała ostatni odcinek, ale sam
fakt się liczy. 

Wczoraj, tradycyjnie odbyła się copiątkowa celebra. Czołg z krzeseł i koca. Na ramieniu plastykowy karabin a na ustach pieśń. Bazyl okrzyknął się Jankiem, mnie zaś (zupełnie nie pytając o zdanie) mianował
Gustlikiem. 


Tak się jednak składa, że film filmem, a życie życiem.
 Projekcja trwała sobie w najlepsze, kiedy niespodziewanie
bazylek zeskoczył pospiesznie z czołgu i tonem nie znoszącym sprzeciwu
powiedział do mnie:

- Pilnuj Gustlik wozu, bo Janek chce kupę!


***

Dni mijają, czego nie można powiedzieć o pancernym opętaniu Bazylka. Mój synalek od dwóch dni paraduje w moim starym mundurku
harcerskim i rogatywce. 
Bardzo są to sfatygowane akcesoria, ale dzięki temu mają
nawet lepszy frontowy image. 
Do kompletu różowe legginsy albo jadowicie zielone rajstopki. I skarpetki pokemon. Tylko karabin został zamieniony na dwa kolty.

Poza tym żadnej ulgi od wojskowego stylu życia.
Dziś, po wsunięciu w tempie ekspresowym:  barszczu, mielonego, ziemniaków i kapusty -
Bazylek-Janek naciągnął na oczy i uszy swoją czapkę, zatknął pistolet za gumkę
rajtuzek i wrzasnął:

- Melduję, że dziękuję!




tato, poradź

Bazylek miał dziś poważny problem natury damsko – męskiej.

- Tato, poradź mi
– zaczął niepewnie - co ja mam robić, żeby nie patrzeć na
Karolinę takim zakochanym wzrokiem?
.

Poproszony o prezentację zakochanego wzroku, synek mój wybałuszył oczy i zamarł
w najbardziej tragicznym grymasie, jaki kiedykolwiek widziałem na jego -
zazwyczaj radosnej – mordce.
- To nie jest zakochany wzrok – odparłem.

Bazylek odetchnął z ulgą.

- Bardzo mi pomogłeś – wyznał - bo chodzi o to, żeby nikt
się nie pokapował, że jestem zakochany
.

Uspokoiłem go, że nikt się nie pokapuje.
- Bo wiesz, mam takie dziwne uczucie w tym miejscu (tu Bazyliszek poklepał się
po brzuszku), ale nie potrafię tego ująć.
W tym momencie Bazylek ujrzał na horyzoncie cukiernię sprzedającą najlepsze
ciepłe lody w mieście. 
Rozmowa o miłości do Karoliny skończyła się w najlepszym
momencie. 

I dobrze, bo już zaczynało być grząsko.




mleczko

Wszystko zaczęło się przedwczoraj. W niewyjaśnionych okolicznościach Bazylek posiadł tubkę mleczka zagęszczonego
(przysmak nad przysmaki, niegdyś osiągalny wyłącznie "u ruskich"). 
No i dobra. 

Wczoraj o świtaniu, podczas wymarszu do przedszkola, Bazylek zażądał spakowania
mleka do plecaczka. Początkowo trochę się stawiałem, ale potem zadałem sobie
pytanie, co też taki mały i nieporadny Bazylek może nawyprawiać z mleczkiem. 


No przecież nic.
Teoretycznie.
Ależ byłem naiwniakiem.

Mądrość spłynęła na mnie siedem godzin później, gdym odbierał dziecię z
uczelni. Przywołałem Bazyliszka przez głośniczek i po chwili zszedł do szatni z
pięterka, na którym stacjonuje jego oddział Leśne Ludki.
Jeszcze nigdy na widok własnego dziecka nie ugięły się pode mną nogi. Tym razem
tak się jednak stało.

Mleczko było wszędzie – na bluzie, spodniach, kapciach, okularkach, a nawet w
nosie. Oczywiście czuprynka także była posklejana w rozliczne mleczkowe dredy.

- Jadłem na dworze – poinformował mnie Bazylek
lakonicznie.

Dopiero wtedy sięgnąłem po jego płaszczyk.
Zgroza.
Do domu wróciliśmy kanałami.

Tubkę z niedopitym mleczkiem wrzuciłem do
pierwszego napotkanego śmietnika.

- I tak już go nie chciałem
– powiedział Bazylek - bo po nim to się tylko ma
pragnienie
.
 

Jeszcze słowo.

 

oko

Każdy wieczór kończy się usypianiem Bazylka. Niby jest on już starym chłopem, ale obaj tak to
lubimy… 
A więc mycie. Wyścig do pokoiku. Kolorowa piżamka. Witaminki. Czytanie bajek…


Potem następuje kotłowanina, przytulanie na dobranoc, piski, mruczenie,
wędrówki pod kołdrą i układanie się do snu.
Wczoraj podczas takich manewrów, niechcący wsadziłem Bazylkowi palec do oka.
Leciutko.
Bezboleśnie.
Zapanowała cisza, a potem bazyli spytał spokojnym głosem:

- Tato, czy ty mi
nie wybiłeś oka?


Odpowiedź była oczywista. 
Ale to nie wystarczyło mojemu synkowi. Który usiadł na łóżeczku i zaczął dokładnie sprawdzać,
czy wszystko jest w porządku. 
Mrugał. Zasłaniał jedno oczko. Potem drugie. Potem dotykał ich na przemian. Rozglądał się dookoła. W końcu, trochę uspokojony ułożył główkę na poduszce. Ale tak dla pewności zapytał jeszcze kilka razy, czy na
pewno mu tego oka nie wybiłem…

Niedowiarek.




opowiastka z piekła rodem

Zawsze gdy za oknem aura tak nam dziko
przysmaży, przypomina mi się najważniejsza letnia przygoda Bazylka.
I poniekąd moja.
Letnia i gorąca.
Najgorętsza, jaką pamiętam.

Był zeszłego lata taki dzień, kiedy radiowi zapowiadacze od samego rana
przestrzegali ludność przed opuszczaniem domostw. Fala upałów miała tego dnia
osiągnąć szczyt szczytów. I tak się w istocie stało. Ale pomyślałem, że mała
przejażdżka rowerowa o dziewiątej rano nikomu nie zaszkodzi. Przygotowałem
buteleczkę picia, dokręciłem bazylkowy fotelik na bagażniku i jazda.

Wyjechaliśmy za miasto, skręciliśmy na leśną dróżkę i wbiliśmy się w doskonale
znane mi cieniste tereny. Ale z lasem to bywa różnie i cały problem w tym, że
zawsze wydaje się on znajomy. A więc po dwóch godzinach, gdy od dawna już
mieliśmy być w domu, nadal nie było tego skrętu, co miał być. By doprowadzić
nas do znajomej wioseczki i potem do rodzinnego miasta.

Robiło się gorąco. Nie miałem bladego pojęcia, gdzie jesteśmy. Tyle dobrego, że
Bazyliszek był w doskonałym nastroju. Rzucał szyszkami, śpiewał, gadał,
zupełnie nie rozumiejąc grozy sytuacji.
Tego by jeszcze brakowało.

Po kolejnej godzinie otoczenie się przerzedziło, roślinność skarłowaciała, a
wokół nas, między drzewami zaczął połyskiwać biały piaseczek. Pustynny jak
jasna cholera.
Po kwadransie zatrzymaliśmy się przed tablicą głoszącą, że oto jesteśmy na
terenie ćwiczeń jednostki obrony przeciwchemicznej albo coś koło tego, że teren
skażony, manewry i w ten deseń.
Sytuacja robiła się wręcz luksusowa – 50 stopni, wokół nas drzewa półmetrowej wysokości,
krajobraz księżycowy, wojska przeciwchemiczne na manewrach, małe dziecko na
bagażniku, południe.
Korzystając z resztek zasięgu zadzwoniłem na osławione 112, gdzie beztroski
policjant najpierw mi nie wierzył (też bym nie wierzył), potem oznajmił, że nie
ma bladego pojęcia, gdzie jestem…
A wojsko i tak nie powie, bo top secret.

Zacząłem działać.
Droga prosto prowadziła na wydmy.
Droga w lewo prowadziła na bezkresną pustynię.
Droga w prawo – rozpruta przez czołgi, zupełnie była nieprzejezdna.
Pozostała nam tylko droga powrotna.

Zacząłem ją przemierzać na automatycznym pilocie, pamiętając że to trzy godziny
drałowania, tym razem pod górkę. A Bazylek tylko ćwierkał, śpiewał i małymi
łyczkami popijał resztki wody.
Powoli odchodziłem od zmysłów. Byłem już od czterech godzin w siodle, a za
jedyną strawę posłużyło mi kilka jagódek znalezionych przy ścieżce. Lekko
ześwirowany jechałem przed siebie, popatrując tylko co chwilę na Bazyliszka,
którego ta sytuacja jakby nie dotyczyła.

W końcu dobrnęliśmy do domu.
Ja – ćwierć-żywy.
Bazyliszek nietknięty, że tak powiem.
Kiedy potem, podekscytowany i przejęty, opowiadałem tę historię znajomym,
Bazylek mruknął:

- Oj,
już tak nie przeżywaj, tato.

Whatta man.



 

dyplomata



Dziś wybraliśmy się z Bazyliszkiem do ościennego kraju na małe zakupy. W
trakcie wielkiego trwonienia kasy, podjadaliśmy różne smakołyki, przy czym
bazyliszek konsekwentnie częstował się: wiekszym kawałkiem czekolady, większym
jabłkiem, "większą połową" wafelka i tak w kółko.
Na koniec postanowiłem zasunąć mu jakąś historyjkę ze smrodkiem dydaktycznym.
Brzmiała ona tak:

Tatuś miał synków – bliźniaków. Jeden miał na imię Bazylek, drugi zaś Pawełek.
Na ogół udawało sie ich odróżnić, ale pewnego dnia tatuś, jakoś tak z rozpędu kupił
im jednakowe dresy i trampelówki.
Wtedy zdziczał i się poddał – chłopcy byli identyczni. A ponieważ musiał
zorientować się, który jest którym – uciekł się do chytrego podstępu. Poczęstował synków dwoma kawałkami ciasta – większym i mniejszym.
Jeden z chłopców bez wahania capnął większy kawałek i wtedy tatuś rzekł – już
wiem, ty jesteś Bazylek.

Dokończyłem opowieść i dumny z siebie zapytałem prawdziwego Bazylka:

- Czy morał jest dla ciebie czytelny?

- Bardzo czytelny
– odrzekł mój synek - nie należy bliźniakom kupować takich
samych rzeczy…


 

kulki kupowe

Korzystając z całkiem niczegowatej, zimowej
aury wybraliśmy się na spacer. Bazyliszek koniecznie chciał lepić kulki z tej
odrobiny śniegu, która tu i ówdzie leżała na trawnikach. Pech chciał, że na
tych samych trawnikach, zdecydowanie więcej było psich kup, niż białego puchu.
Powiedziałem o tym mojemu syneczkowi, który niby zrozumiał złożoność problemu.
Jednak pokusa była silniejsza niż racje zdroworozsądkowe, więc, gdy nie
patrzyłem w jego stronę, Bazylek jednak skręcił parę mizernych piguł.
Przy kręceniu ostatniej stało się to, co miało się stać. Ale nic to. Spuśćmy na
to zdarzenie zasłonę litościwego milczenia. Rękawiczki wyrzuciłem do
najbliższego kosza i powiedzmy, że nie było sprawy. Przez dobre pół godziny Bazylek
milczał na ten temat jak grób.
Dopiero później, gdy Babcia w trakcie obiadu spytała, co robił na spacerze,
odparł z niekłamanym zadowoleniem:
 - LEPIŁEM KULKI ŚNIEGOWO-KUPOWE – TAK TO
MOŻNA UJĄĆ…




ciężko jest żyć lekko

Wczoraj przed zaśnięciem rozmawialiśmy sobie
z bazylkiem na różne poważne tematy. Bardzo miło nam się gawędziło. Podczas snucia
przyszłościowych wizji, bazylek nagle popuścił wodze fantazji.
- Zrobię tak – zaczął – powiem żonie (czyli Karolinie rzecz jasna), że zajmę
się dziećmi. Planuję nie mieć pracy, więc to będzie możliwe. Ona pójdzie do
swojej pracy, a ja zaprowadzę dzieci do przedszkola, podjadę sobie do domu
taksóweczką i będę grał w ich
gejmboja. Super plan, nie tato?

Super plan.

 

zarazki prywatne

Od dwóch dni, dzieci z oddziału Bazylka
otrzymują podpisane soki kubusie. Nazwiskiem i imieniem.
Trochę mnie to rozbawiło, ale Bazylek wytłumaczył mi złożoność problemu.
 

- To nic śmiesznego. Chodzi o to, żeby nie dostać
zarazków od innego dziecka
– wyjaśnił.

Ha. Nie do końca dałem się przekonać i wyłuszczyłem mu delikatnie, że
oczywiście, ale niekoniecznie należy tak maniakalnie podchodzić do spraw
higieny. Zwłaszcza, że Bazylek ma tendencję do popadania w przesadę.
Odpowiedź pojawiła się w ułamku sekundy:

- No tak, ale na przykład Kuba, nie
Słotwiński, nie Słotwiński tylko ten drugi, ten w czerwonych spodenkach, wiesz
który… To on ma zarazki. Nie mówię pewnie, nie mówię pewnie, mogę się mylić oczywiście.
Ale on ma zarazki. Żadnej konkretnej choroby. Po prostu zarazki…

Na szczęście właśnie dochodziliśmy do sklepu z koszulkami piłkarskimi i temat
sam się skończył.


znikający ślub

Wczoraj wieczorem, przed zaśnięciem Bazylek polecił mi, bym na rano przygotował
mu koszulę i krawat. - Karolina będzie w najlepszej sukience – dodał.
Nie zwróciłem na te informacje baczniejszej uwagi. Pomyślałem bowiem, że ma to jakiś luźny
związek ze sraczką towarzyszącą przybyciu w te strony Pana Prezydenta Olka.
Przyszło mi do głowy, że może przedszkolaki planują jakiś popis, teatrzyk, apel
albo coś w ten deseń.
Bez wnikania przygotowałem więc potrzebne akcesoria.

I od rana Bazylek zaczął się stroić. Nie powiem, że wiązał krawat, bo bym skłamał. Krawat jest na gumce. Ale prężył się przed lustrem, piszczał, paradował po
mieszkaniu… 
Szczęśliwy, jak rzadko.

Przed samym wyjściem z domu, od niechcenia i bez większego zainteresowania
zapytałem go, o co chodzi z tym strojem.
- MAMY DZIŚ Z KAROLINĄ ŚLUB…  - usłyszałem w odpowiedzi.

Skandal. Ci młodzi niczego nie uszanują. Dlaczego dowiaduję się ostatni? A zaręczyny, błogosławieństwo, wieczór kawalerski,
wesele… 
Dlaczego ja o niczym nie wiem? A jeśli ona jest w ciąży? 

Nosiło mnie przez cały dzień. Po czym, na ponad dwadzieścia minut przed czasem
przybyłem do przedszkola. 
Wiadomo. Zżerała mnie ciekawość. W końcu to ślub dziecka. 

Nie dowiedziałem się zbyt wiele. Ceremonię otaczała gęsta atmosfera tajemnicy i
niedomówienia. 
Oto garść szczegółów z pierwszej ręki:

- Ten ślub to był
taki bardziej niewidzialny. Karolina niestety nie przyszła w najpiękniejszej
sukience. Orkiestra nawaliła. Bo jej nie było. Nic więcej nie mogę
powiedzieć…


Klasyczny Lynch.
Tylko Pan Młody z krwi i kości, bo lutował się z jednym z gości weselnych,
niejakim Miłoszkiem.
 I teraz ma ślubne
pamiątki – podrapaną buźkę i podarty krawat. 

Krawat z bólem odżałowałem, ale stwierdziłem, że weselisko
być musi. 
Postanowiłem wziąć to na swoje barki. Podałem naleśniki z lodami, czekoladą i bitą śmietaną. Wśród gości nie zabrakło Pana Młodego oraz mnie. I to chyba już wszyscy.

Musiałem wyprawić to wesele również z innego powodu. Zawsze gdy na uczelni są łazanki – w domu wskazany jest
obiadek rezerwowy. 

No więc był.

P.S. Lista kandydatek na bazylkową żonę znów jest otwarta. Wycisnąłem bowiem z
Bazylka informację, że Karolina nic nie wie o żadnym ślubie. 
Że był albo że miał być. 

Wie tylko Bazylek i Mariusz.



piaskowy dziadek, czyli wydarty żywiołowi

(odsłona pierwsza)

Wczoraj, popołudniową porą wybrałem się z Bazylkiem
do piaskownicy. W zasadzie to mnie powinno się izolować od terenów
piaszczystych ze względu na natręctwo wykopywania dołów. To jest silniejsze ode
mnie.
Tak też było wczoraj. Ale po kolei.
Posiedziałem trochę na ławce, poczytałem gazetę, ale piaskownicowy magnetyzm
nie dawał mi spokoju. Impuls pojawił się w ułamku sekundy. Po chwili już
kopałem, otoczony wianuszkiem ciekawskich dzieci. Dodatkową zachętą dla malców
była bez wątpienia moja bardzo malownicza bluza z Asteriksem i Obeliksem, w
którą byłem tego dnia odziany.
W końcu dół mnie usatysfakcjonował i odstąpiłem od dalszego drążenia.
Pozwoliłem dzieciom przez parę chwil popodziwiać i pozachwycać się, po czym do
dołu wrzuciłem Bazylka i przysypałem go do wysokości klateczki.
Wilgotny piasek ciasno otulił Bazylka i już po chwili nie było szans by go z
dołu wyciągnąć. Bezapelacyjnie. Próbowałem przez minutę, dwie, pięć. Bez
skutku. Bazyliszek był przysypany skutecznie. I tak jakby zassany do wnętrza Ziemi.
Widać było tylko kawałek koszulki i wesołą, roześmianą mordkę.
Na pomoc rzucili się wszyscy moi, świeżo zapoznani przyjaciele. Wspólnymi
siłami zaczęliśmy odkopywać moje dziecko, które bez przerwy chichotało i
mówiło, że mu "tak fajnie zimno".
W końcu udało się i po zmasowanym ataku siedmiu łopatek, niepocieszony Bazylek
został wydarty żywiołowi.
W jedności siła.



(odsłona druga)


Utkwił mi w pamięci taki obrazek z odkopywania Bazylka. Wdzięczny pomocnikom,
nie szczędziłem im pochwał oraz słów zachęty i otuchy. I za każdym razem, gdy rzucałem hasło typu "pięknie chłopaki" albo
"dzięki chłopy" – jeden z umorusanych stworków podnosił głowę znad
łopatki i mówił z wyrzutem – "o przepraszam, ja jestem
dziewczynką…".
I tak kilka razy.



(odsłona trzecia)


Ci moi nowi koledzy z piaskownicy to byli nawet fajni. Matinek pożyczył mi
grabki. Szczerbaty przyniósł świetną foremkę – delfinka, idealnego do
pogłębiania dołów. Wkurzał mnie tylko jeden koleś. Mógł mieć jakieś dwa lata, a kiedy się
pochylałem do dołu – sypał mi na głowę piasek. I gulgotał.
Zaniepokoił mnie natomiast pewien ubrany w czapeczkę adidas chłopinka, którego
jakoś słabo kojarzę. On zaś, konsekwentnie tytułował mnie "tata".
Tajemnicza sprawa.



(odsłona czwarta)

I jeszcze tam w piaskownicy Taką Jedną w
Białej Bluzce trochę czarowałem. Ona niby to podchodziła by poprawić dziecku
czapkę… A to potem niby zabawki zbierała i wciąż nie wiedziała, które to są
jej. Więc dreptała dookoła bez celu i rzucała powłóczyste spojrzenia.
Myślę, że spodobał sie jej taki smagłolicy młodzieniec jak ja. Tym bardziej, że
cały byłem w piasku, a w spracowanych dłoniach dzierżyłem różową łopatkę,
jadowicie zielone grabki oraz foremki – rybki.
No i ta bluza z Asteriksem.
Brakowało mi jeszcze wiaderka.
Najlepiej fioletowego.



(z ostatniej chwili)

Nie jestem już zainteresowany Tą w Białej Bluzce. Okazało się, że ten gagatek,
co mi sypał piasek na głowę to jej dziecko. W zaistniałej sytuacji nie mogę
utrzymywać z nią stosunków dyplomatycznych, piaskownicowych ani żadnych innych.

Pierniczę ja takie znajomości.



no mercy

Z Bazylkiem nie ma żartów. Już nie. Wczoraj, po treningu oglądaliśmy sobie
razem Franklina. Mój synalek siedział mi na kolanach, ja zaś bezwiednie bawiłem
się jego pulchną rączką. W pewnej chwili, równie bezwiednie trąciłem go tą
rączką w nos. Natychmiast zreflektowałem się i żarliwie przeprosiłem:
 - Nie gniewaj się
misiu, to było niechcący, mam nadzieję że cię nie boli…

Bazylek bez słowa odwrócił się do mnie, grzmotnął mnie piąstką w nos i patrząc
mi głęboko w oczy, powiedział: 
- Nie gniewaj się
misiu, to było niechcący, TEŻ mam nadzieję, że cię nie boli"
.

I dalej oglądał Franklina.



 

…siłom i godnościom osobistom…

Wczoraj, przed zaśnięciem bazylek rozgadał się
niemożliwie.
 Pięćset razy ogłaszałem ciszę nocną, ale śmiechom i
dyskusjom nie było końca. 
Postanowiłem więc wziąć go milczeniem. I nie dać się wciągnąć do kolejnej rozmowy. Powiedziałem "dobranoc" i dla podbicia efektu,
zacząłem teatralnie sapać.
Że niby śpię. 

Po chwili zaczęły się próby. Z różnych stron. Bazyliszek robił co w jego mocy. Ale ja – głaz. 

A było to tak:

Gościu! Gościu, śpisz? Stary, co robisz? Koleś! Koleś, jesteś nieprzytomny? Wyglądasz jak nieprzytomny. Ej, koleś, zrelaksuj się.

(Ja – mogiła. Więc Bazyliszek z innej strony.)

Wiesz, jesteś bardziej, niż świetny. Bardziej, niż kochany. Na Dzień Ojca kupię ci piękny ołóweczek z napisem – kocham Cię tatusiu.

(Tu byłem bliski załamania z powodu zbliżającego się ataku śmiechu. Ale wytrzymałem.)

I najlepiej na świecie opowiadasz bajki. I legendy. I w ogóle. Gościu, słyszysz mnie? E, tam. Poddaję się. Śpię.

I o to chodziło.

 


z (głośnych) rozmyślań
przy śniadaniu

- Cieszę się, że to akurat ty jesteś moim tatusiem – zaczął Bazylek,
zasiadając w kanarkowej piżamce do śniadania. - Bo jesteś super gościem.
- Staram się – odparłem skromnie.
- Już się nie musisz bardziej starać - powiedział Bazyl przytulając się
do mnie. - Jesteś maksymalnie super. A teraz poproszę śniadanie.

Żądanie ze wszech miar słuszne, zaspaliśmy bowiem koncertowo i na przedszkolne
śniadanko nie było już najmarniejszych widoków. Wykonałem więc gigantyczną bułę
z oscypkiem i podałem ją Bazylowi przez okienko.
Mniej więcej w połowie konsumpcji Bazylek przemówił:
- Jak się je oscypki, to trzeba mówić po góralsku. Zaczynam.
I zaczął.
Dziwny był to góralski.
Ale rozkoszny.

-Dejcie jesce soku – krzyknął w stronę kuchni – bo zem syćko wypił.
- Skąd Ty znasz góralską gwarę? – zapytałem.
- Z Janosika - odparł zwięźle. I zmienił temat:
- Piknie śpiwo ta Reni Jusis. Hej!

Piknie.


wśród nocnej ciszy

Lubię obserwować Bazyliszka, jak nocną porą wędruje ze swojego pokoju do mojego
łóżka. Ponieważ odbywa się to zwyczajowo około północy – prawie zawsze mogę być
świadkiem przemarszu.
Najpierw otwierają się drzwi od pokoju, potem pojawia się malutka rozczochrana
postać. Zamknięte oczka, stópki – chlebki i chwiejny krok (bo osobnik przecież
śpi).
Postać obija się chwilę po ścianach, po czym mówi – chodź już tato spać, niosę
dla ciebie poduszeczkę.

Rzeczywiście – postać z reguły taszczy przed sobą kilka kolorowych poduszek,
dwie maskotki, a bywa, że i samochód na radio albo karabin. Co tylko jest pod
ręką.
Cel? Nieznany nikomu.

Postać z całym tym majdanem pakuje się do mojego łóżka i po chwili usypia.

Wtedy usuwam z łóżka wszystkie zabawki,
pojazdy, maskotki i pistolety.
Dzięki temu mam gdzie złożyć na spoczynek stare kości.
I tak codziennie.
I dobrze mi z tym jak cholera.

Niech to się nigdy nie skończy.

przedostatni walc


Wicie co?
Trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść.
Coś mi już pisanie tego blogaska nie podchodzi.
Może już dawno powinienem był zaprzestać.
Namówił mnie Kwino, tom po przerwie wznowił pisarstwo…
Ale chyba nie czuję tematu.
Bazylkowi wąs się sypie, ciuchy mi podbiera, do żeniaczki się sposobi, to może już nie róbmy cyrku.
Nic na siłę.
Stópki chlebki, szinke dan oraz no way Miss Jadzia i tak na zawsze w sercach Waszych.
I naszych.
 

Tera podziękowania.
Dziękuję wszystkim moim Przyjaciołom.
Dzięki za życzliwość, wsparcie i tak dalej.
Dzięki za wspólne brnięcie przez hardkory roku 2002 i 2003.
I za współweselenie się w latach pozostałych.
Jestem Wam wdzięczny jak nie wiem co.

Przeżylim piękne chwile, Drugare.
I nikt nam już tego nie odbierze.


To w takim razie strzała dla wszystkich.
I wiecie, gdzie mnie szukać…:)

Ha.

otwieracz do oczu

Pięć i pół roku cierpiałem, rozpaczałem i błąkałem się po całym świecie w poszukiwaniu następcy mojego kubeczka, który pewnego zimowego, chatynkowego poranka został bestialsko pomordowany przez Bazylka (o zdarzeniu przeczytać można tu).
Aż tu wtem nagle, w sklepiczku sieci London Drugs przy ulicy Broadway moje chabrowe oczy ujrzały z dawna upragniony przedmiot. Identyczny, jak tamten sprzed lat. 

Jest sprawiedliwość.

świetliki


Czas na podsumowanie Światowego Konkursu Fajerwerkowego. Komisja w składzie, z zapartym tchem zapoznała się z wszystkimi czterema pokazami. Wnioski końcowe są następujące:
*
Kanada dała ciała i zaniżyła do granic możliwości.
*
Afryka zmiażdżyła i rzuciła na kolana.
*
Zjednoczone Królestwo zmiażdżyło i dało czadu.
*
Chiny, wczora z wieczora pozamiatały wszystkich pod dywan.

Przy okazji Bazylek zasunął tekst miesiąca. Kiedy kole dwudziestej drugiej, tuż przed finałowym pokazem, wraz z wielomiliardowym tłumem pocinaliśmy wzdłuż Beach Avenue, Bazylek spojrzał na mnie z figlarnym błyskiem w oku i zagaił:
- Jak w starych czasach, nie?
- Nie rozumiem – stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- No, jak jeszcze byłeś plemnikiem, to też w takim tłoku zasuwałeś…

Hmmm. 

P.S. Na dowód, że Bazylkowe poczucie humoru ma się dobrze, najnowszy dowcip z cyklu Twoja Stara. Oczywiście bazylkowego autorstwa: Twoja stara śpiewa w Call of Cthulhu.

killers behind you


To jest normalne, że nie gadasz z bandytami, jak słusznie zauważył swego czasu Kazik. Więc myślę, że na nasz burzliwy romans z szopami koniec nastał. A przy okazji odszczekuję pod stołem i telepatycznie przyznaję rację wszystkim, którzy nas nachrzaniali i twierdzili, że karmienie szopów to zły pomysł.
Ale po kolei.

Zaczęło się sielankowo. Poszliśmy do zagajnika z całą reklamówką żarcia i na dzień dobry pooglądaliśmy sobie podniebne harce małych szopów, które wlazłszy wysoko na drzewo, pośród gałęzi fikały koziołki. Potem przyszli wszyscy zwyczajowi stołownicy plus kilku nowych gości, czyli stadko dzikich gęsi. Wielkie, postawne maszyny, aż strach było je karmić z ręki, bo w kłębie (czyli bez wyciągania szyi) większość sięgała nam do pasa. No, ale nic to, bo się dziewuchy szybko oswoiły z całą resztą i grzecznie wtranżalały bagietki z cheddarem, fasolkę oraz podwiędnięte truskawki.

Aż tu wtem nagle jeden z szopów pod osłoną chaszczy podkradł się, skoczył na tygrysa i powalił jedną z gęsi na ścieżkę. Po czym chwycił ją za szyję i zaczął ciągnąć w krzaki. Horror, zamurowało nas, Bazylek odwrócił głowę i patrzył na mnie z niedowierzaniem.

Tymczasem na ścieżce trwał przerażający kocioł. Bój był zażarty, gęś walczyła wszystkimi kończynami, ale wyglądało na to, że ten mały sukinsyn ma system. Pozostałe gęsi z sykiem rzuciły się na pomoc, ale wtedy reszta szopów wykonała manewr okrążający i odgoniła ptactwo.
- Co to było? – spytał Bazylek, mocno poruszony. – Ja takie rzeczy oglądałem dotąd tylko w Discovery. Musimy to rozgadać. 

Nie wierzę.

niebo w ogniu


- Jestem zawiedziony – stwierdził Bazylek po powrocie z pierwszego wieczoru Celebration of Light czyli Mistrzostw Świata w Puszczaniu Fajerwerków, które odbyły się za naszym blokiem, na wodach English Bay. – Jeśli to był pokaz konkursowy, to bój o ostatnie miejsce będzie zażarty – dodał.
- No, słabizna – zgodziłem się. Bo generalnie to Kanada nie należy do fajerwerkowych potęg. Pierwszy raz przekonałem się o tym podczas Sylwestra 2008 nad Niagarą. Potem były popierdółki z okazji Canada Day. I teraz to.

Już pięćset razy lepsze były ognie z okazji 900-lecia Jeleniej Góry, że nie wspomnę o petardowej uczcie, jaką zasunąłem mieszkańcom ulic Spółdzielczej oraz Buczka (oczywiście w BC) w sylwestrową noc, jakie cztery roki temu, kiedy to z Biedronki przywiozłem na sankach bombę o nazwie Mega Sphinx Hard Core. Tu se można poczytać o tym wiekopomnym zdarzeniu.  

Ale powróćmy do Celebration of Light. Ducha nie gasimy i czekamy na popisy konkurencji. Pojutrze puszcza Południowa Afryka, w przyszłą środę Angole, zaś na wielki finał Chińczycy. Może się dziać. Tym bardziej, że według przewidywań organizatorów, imprezkę odwiedzi w tym roku półtora miliona ludzi. Trochę się machnęli w obliczeniach, bo już wczoraj w okolicach plaży było z dziesięć milionów i choć mieszkamy sto metrów dalej, to wracaliśmy do domu tiptopkami dobre półtorej godziny.

A poza tym wszystko w normie. Przedwczoraj na kolację w zagajniku przyszło piętnaście szopów i sto miliardów wiewiórek. Oraz Park Ranger, który powiedział, że karmimy na własną odpowiedzialność. I jeszcze dodał, że nas lojalnie uprzedza, iż szopy są nieprzewidywalne i gdy się skończy jedzenie, to mogą się na nas rzucić.
- Ciekawe, czy nas zawloką do nory, czy pożrą na miejscu – mruknął Bazylek.

No, ciekawe.